piątek, 12 lipca 2013

żarcik ;)

Jezus udał się na Górę Oliwną. Rano znowu przybył na teren świątyni i cały lud zaczął się zbierać przy Nim. On usiadł i uczył ich. Wtedy uczeni i faryzeusze przyprowadzili jakąś kobietę, przyłapaną na cudzołóstwie. Postawili ją pośrodku  i powiedzieli Mu: "Nauczycielu, ta kobieta została przyłapana na występku cudzołóstwa.  W Prawie Mojżesz kazał nam takie kamienować. A Ty co powiesz?" Mówili to dla poddania Go próbie, by mieć coś do oskarżenia Go. Na to Jezus pochyliwszy się rysował palcem po ziemi. Gdy nie przestawali Go pytać, wyprostował się i rzekł im: "Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem".  I znowu pochyliwszy się, rysował po ziemi. Gdy oni to usłyszeli, zaczęli jeden po drugim odchodzić, zaczynając od starszych. Aż tu nagle "Jeb!" - potężny kamol uderzył niewiastę prosto w głowę. Tłum rozstąpił się i oczom mistrza ukazała się kobieta, która rzuciła ów kamień, a była to matka Jezusa. Jezus zafrasowany rzekł: "Matko, dlaczego to uczyniłaś?" Rzekła niewiasta: "Ażeby ci cholerni teolodzy nie marnowali w przyszłości czasu i energii ludu na przekonywanie o moim niepokalanym poczęciu!"

piątek, 12 kwietnia 2013

     Zazdroszczę chorym umysłowo i upośledzonym dzieciom... Wy też tak macie czasem? One to mogą wszystko - być kim chcą! Mogą eksperymentować bez obaw, co ludzie powiedzą. Dziś, kiedy każdy musi kimś być - tylko przez bycie nikim, można być kim się chce... One mogą śpiewać głośno i z aktorską intonacją i dużo przy tym fałszować - im i tak wszystko wypada - są przecież tylko chore. Upośledzone dziecko ma prawo dziś myśleć to, a jutro po namyśle coś zupełnie innego bez zwątpienia czy wstydu, że zweryfikowało zdanie. Nie musi niczego udowadniać, a każda najmniejsza umiejętność, wniosek witane są nagrodą, miast naganą, że dopiero teraz się zorientował, lub jeszcze lepiej - że nie wypada tak bystrze myśleć, bo się ludzie odsuną. One mogą eksperymentować  z modą, mogą chodzić na castingi, zakładać własne kabarety, a po pracy być wrażliwymi romantykami. One mogą wzdychać do kwiatów oraz tulić się do drzew, gdy tylko zechcą, nie muszą mieć do tego naukowych pobudek. One są tak strasznie po prostu, że aż boli mnie ta świadomość. Te pobłażliwe spojrzenia tłumu, pełne ciekawości, a czasem nawet rozbawienia, tylko dlatego, że to "chore, biedne dziecko".

     A ja tak niewiele bym chciała - w swoim, nie swoim pokoju siedzieć na podeście pod skos, żeby znad żywopłotu obserwować, jak droga niknie za zakrętem, a moje chi jednoczy się ze wszechświatem. Tylko że to nie możliwe - to jest inne. "Jedz i ciesz się, nie wydziwiaj. Odwdzięczysz się w polu i w szkole bądź lepsza od innych!" - dla niektórych to nonsens, taka zaś jest aura w mojej krainie. Kogoś innego może to zaś śmieszyć - cóż za ckliwe wypociny leniwej gadziny... Ale serce smoka nie jest leniwe. Ono po prostu nie budzi się dla byle gniewu, bałaganu. Nie łase jest na mechaniczne emocje czy etat parobka. Jeśli smok nie czuje się partnerem, nie wysili się by dopomóc. Nie wyzuje siebie z energii na rzecz idei, która go w żaden sposób nie pociąga. Smok współpracuje tylko z pasją równą temperaturze swojego ognia. I choćby miał wykonać zwykłą, brudną robotę - wykona ją rzetelnie i nie szczędząc energii na wdzięk podczas wykonywanej czynności. Smok rozkłada skrzydła tylko do lotu z kompanem, w razie starcia z silnym rywalem lub z chęci podążania za głosem własnej natury. Nie czyta podręczników dla "zielonych". Staje oko w oko z zagadnieniem u boku swojego mistrza, a później uzbrojony już tylko we własną wiedzę.
     Jeśli masz też jakieś takie dziwne dziecko - nie strofuj go nadto... Nie zabijajcie bezbronnych, niewinnych dzieci-smoków. One są inne niż Wy - słabi, zatroskani, majętni, znieczuleni i nadęci obywatele - ale mają prawo takie być - takie czasy. Zamiast je tępić, zawrzyjmy z nimi dozgonny rozejm, a w przyszłości ich siła nas ochroni, kiedy będzie się nam gorzej wieść. One są nietykalne, doskonałe w swej niepowtarzalności.One odlecą daleko stąd i nikt nie zdoła ich zatrzymać, jeśli tylko pozwolimy im nabrać sił, kiedy są jeszcze bezbronne.



     Ja też nie do końca rozumiem, dlaczego tak się przejęłam ich opinią, że aż musiałam wyszukać ten pseudonaukowy, wschodnio-liryczny bełkot, żeby pod jego pozorem dać sobie prawo do tej prostej obserwacji - lubię mój widok z okna, tylko pod niecodziennym kątem. Kiedy nie można sobie powydziwiać do woli we własnym pokoju, uczymy się uciekać do innej równoległej rzeczywistości w poszukiwaniu doznań o podobnym natężeniu - informacje, plotki, ploteczki, newsy naukowe czy polityczne. A tym czasem tu pod nosem, na mojej najdroższej wioseczce takie cuda, cudeńka, że aż serce drży z uwielbienia... Idę teraz sprzątać... Ale nie sprzątać tak po prostu, jak się sprząta. Idę Sprzątać! Uwielbiam bowiem Sprzątać, ale za to sprzątać nie za bardzo, no chyba, że już trzeba...

piątek, 25 stycznia 2013

Wariacje na temat macierzyństwa i tacierzyństwa

     Tak, tak... już widzę tłum znudzonych sobą matek, które dudnią złowrogo: "Gówniarze, życia nie znają! Mędrkować im się zachciało!". Nie chcę udowodnić, że byłabym lepsza. Nie uważam, że macierzyństwo to filozoficzna zagadka Sfinksa. Ja po prostu sama miałam kiedyś matkę (i żyje ona nadal, ale to inna historia), a może raczej ona miała mnie. Mam też wielkiego psa, również w pewien sposób skrzywdzonego przez życie, którego życiowa ścieżka przecięła się z moją i teraz wspólnie próbujemy sobie z sobą jakoś poradzić... Dlatego, żeby nie nadwyrężać cierpliwości poczciwych matko-polek, będę odnosiła się bezpośrednio do mojego psio-macierzyństwa oraz pośrednio do macierzyństwa od strony dziecka.
     Nie chciałam być jak Osho - stwierdzić, że to zbyt trudna sprawa i pozostawić ją innym. Nie chciałam się łudzić, że wiem lepiej, niż moi rodzice, jak sobie radzić z niespełnionymi oczekiwaniami, próbą zawłaszczenia cudzej istoty czy zakłopotaniem z serii "Co ludzie powiedzą". Miałam kiedyś przyjaciela - nazywał się Baster. Był to mieszaniec owczarka niemieckiego z rottweilerem - ot czarny, krępy, średniej wielkości psiak. Pamiętam - mama kazała brać z miotu tego najcharakterniejszego, co warczy przy misce. Wzięliśmy. Byłam wtedy w gimnazjum. Trzymałam go na rękach i chciałam przeżyć z nim wiele niezapomnianych przygód. W rodzinie zachwyt - do drugiego szczocha na chodnik. Później już tylko buda i łańcuch - bo nieokrzesany. Ja zajęłam się swoim zalęknionym, niechcianym sercem. Basterem już nie miał się kto zająć. Po 6 latach totalnej izolacji psychospołecznej (nie liczę nieudolnych prób pogłaskania szamoczącej się na łańcuchu czarnej bestii, która wyrywała kołki z ziemi, którym krowa nie dawała rady...) nagle zaskoczenie, szok, konspiracja - pies ugryzł babcię, która go karmiła dwa razy dziennie, zaspokajając w ten sposób rzekomo wszystkie jego potrzeby. Może trzeba go uśpić? Kiedy to usłyszałam, zrozumiałam, że trzeba działać od zaraz - relacja nie poczeka niczym projekt architektoniczny na lepsze czasy. Ona żyje, nawet, gdy umiera z powodu ignorancji. Spacery - najpierw w dzień po polach. Okazał się bardzo pojętnym uczniem - zawsze przy nodze, nawet bez smyczy. Bał się wszystkiego, od czego nie oddzielała go siatka. Pomagałam mu zrozumieć, że nie musi się bać, choć sama nie wiedziałam, jak mu pomóc. Później pierwszy spacer do miasta i przerażenie ruchomą kładką. Pokonaliśmy razem wiele wspólnych barier. Ból i wstyd z powodu pogryzienia. Pytanie bez odpowiedzi: Dlaczego mi to zrobił? Myślałam, że jesteśmy przyjaciółmi... Później kupiłam książkę o pozytywnym szkoleniu. Wkurzały mnie te opowieści o domowych pupilkach, dopieszczanych przez właścicieli. Dzielnie jednak próbowałam zrozumieć, że to ja mam problem z niedoborem czasu, bez którego nie ma mowy o relacji. Jednak mój pies miał wiele problemów, o których nie wspominano w cukierkowych opowieściach o nauczaniu wytwornych sztuczek.
      Przełomem był wyjazd do Świnoujścia, gdzie moja kumpela pokazała mi "Zaklinacza psów". Codziennie oglądałyśmy każdy odcinek, w przerwach chodząc na spacery brzegiem morza. Wróciłam do domu i natychmiast rozpoczęłam treningi - chyba bardziej samej siebie, niż psa. Nie był trudny w ułożeniu. Potrzebował jasnych, zrozumiałych komunikatów i obecności. Sam się podporządkowywał. W pół roku osiągnęliśmy poziom zrozumienia, jakiego nie dały nam trzy lata pozytywnych podchodów. Może za rzadko się widywaliśmy, ale co to były za spotkania...
      Był wspaniały - do domu wracałam co tydzień na studiach, bo wiedziałam, że czeka na spacer. Razem uciekaliśmy w polny mrok przed problemami społecznie pospolitymi. Poznaliśmy wszystkie możliwe gwiazdozbiory oraz uciekaliśmy przed kulami kłusowników. Goniliśmy ważki i tarzaliśmy się na polnych drogach. Odkrywaliśmy tajemnice ognistej łuny za torowiskiem - co było strasznie ekscytujące! Ja śpiewałam na całe gardło, a on swoją obecnością dawał mi poczucie bezpieczeństwa. Tyle radości, rechotów no i troski, kiedy przeskoczył rzez rów i skręcił sobie łapę. Nie było, że płaszcz, że ładne buty (lubiłam chodzić z nim ekstremalnie elegancko ubrana polnymi dróżkami - ceniłam sobie jego towarzystwo ponad wszystkie inne) - wiedziałam, że niczego nie odżałuję, by ratować mojego psiaka i dotaszczyć go kilka kilometrów do domu. Leżał nieruchomo, a ja pozostawiłam w tyle swoje zgorzkniałe ego, by być przy nim. Strasznie fajny kompan! Zero szpanu - tylko obecność. Planowałam dla nas przygodę wielką i donośną - chciałam mu pokazać kawał świata. Temu zalęknionemu burkowi z podwórka, który dla krewnych dalej był bezlitosnym mordercą z piekła rodem, dla mnie zaś najbliższym towarzyszem doli i niedoli. Uwielbiałam patrzeć jak idzie przede mną. Chciałam zobaczyć go na górskim szlaku. Niestety szybko zaczął podupadać na zdrowiu. Bóle stawów sprawiły, że musiałam skracać nasze wielogodzinne wędrówki do krótszych spacerów. Postanowiłam wyruszyć sama. Wróciłam do domu po kilka rzeczy - on czekał jak zwykle przy bramce. Nie był nachalny - po prostu patrzył i czekał. Tym jednak razem babcia znowu wkurwiła mnie straszliwie swoimi władczymi dyrektywami. Z 40-stopniową gorączką w 10 minut spakowałam się i wyruszyłam na tajemniczą wyprawę. Patrzył jak odchodzę, spokojny i radosny, dopóki nie zniknęłam za zakrętem szosy. Nie miałam głowy dla niego, zaprzątnięta swoim obolałym ego, nawet nie zawołałam na niego, nie pogłaskałam.
     Dwa dni później telefon z domu - Baster nie żyje. Właśnie schodziłam z kopca Popiełuszki w Krakowie. Odczułam krótkie dławienie w klatce piersiowej, później łzy - spojrzałam na kotlinę poniżej, kilka wzniesień i przypomniałam sobie, jak dobrze nam było i że przecież od dwóch lat ani razu nie uniosłam na niego głosu. Jaki pewny siebie się stał w porównaniu do początków i nie było nic ponad to, co sobie zdążyliśmy dać - relacja bez oczekiwań. Później już tylko radość, że byliśmy dla siebie i staraliśmy się w swojej obecności o drugą stronę.
   Rok później Gotye z piosenką Bronte - strzał w dziesiątkę. To byłam ja i mój Baster - burek z podwórka, którego gotowa byłam zabrać ze sobą na studia, wyprawę i spacery po nocach. Płakałam - nie - ryczałam pół dnia - wreszcie. Odczułam ogromną ulgę. Chyba do tego momentu nie zdawałam sobie sprawy, jak ważny był dla mnie kontakt z nim.
      Zrobiłam w sercu miejsce na kolejne stworzenie, teraz już na całego ze mną. Przygarnęłam Dedala - biszkoptową Akitę Inu po przejściach. Charakterny samiec, ponoć agresywny. Dobra, miałam już do czynienia z agresją. Dopiero później zrozumiałam różnicę pomiędzy psią bojaźnią a dominacją. Było zajebiście trudno - gdy pierwszego dnia zabił kunę (która darła się na chwilę przed śmiercią jak dziecko obdzierane ze skóry), kiedy mnie pogryzł w walce o łóżko, kiedy pogryzł mnie przez przypadek i mama zobaczyła krew na spodniach, kiedy zaatakował moją współlokatorkę i dobrego kumpla. Kiedy stawał dęba za każdym razem, gdy mijały nas miastowe pieski kanap(k)owe i gdy doskoczył do dziecka, które niosło w ręku ciastko. Kiedy wylądowałam na środku chodnika na plecach, rozdzielając go z małym prowodyrem starcia i gdy nie umiałam powiedzieć znajomym i rodzinie, dlaczego go nie oddam. Kiedy lenił się i trzeba było sprzątać trzy razy dziennie oraz gdy zesrał się na środku zatłoczonego placu przed Halą 100-lecia, a ja zgubiłam jedyny woreczek. Dziś sobie myślę, że to było totalne szaleństwo: wziąć wielką bestię po przejściach do studenckiej norki. Szczerze - nie wiem, czy zdecydowałabym się na niego ponownie (być może działa tu prawo psychologiczne, traktujące o włożonym w to przedsięwzięcie trudzie), jednak wiem, że uczę się bardzo wiele, starając się być przy nim - przed i po okresie, gdy słońce i deszcz, załamka, ostre zatrucie czy dwa etaty.
     Jest cwany - nie stara się ponad normę. To ja muszę dorastać, bo on nie ma w tym interesu - no chyba że odpowiednio zaaranżuję ćwiczenie. Nauczyłam się nawet trochę bycia czułym i czujnym zarazem. Karcenia bez fochów oraz powtarzania w nieskończoność bez frustracji. Obserwuję moje zwierzę i staram się je poprawnie odczytać, bo jeśli ktoś tu ma problem, to co najwyżej ja - z sobą albo z nim - bez znaczenia. Gdy ja główkuję, on jeszcze bardziej, jak postawić na swoim. Nie mogę od niego oczekiwać litości, posłuszeństwa czy bezgranicznej wierności. Wszystko muszę sobie wywalczyć w grze z jego psią, niezależną naturą. Nie traktuję go jak ofiary - nie czynię mu ulg z powodu ciężkiej przeszłości. Choć często borykamy się z moimi lub jego zwichrowaniami. Ale cóż - mamy tylko siebie (no i ciocię Martę, ale to tylko przejściowo) i wiem, że dopóki się staram, on też będzie się uczyć.
     Z czasem okazało się, że przeniosłam na niego większość karcących wizji relacji rodzic - dziecko, które zaobserwowałam w moim otoczeniu (tak, mam na myśli tu moją rodzinę głównie). Jednak on nie był tak potulny, jak ja - ostro się stawiał i czekał, aż zrozumiem i wyciągnę rękę (żeby on mógł ją złapać w paszczę i wyładować na niej swoją frustrację). Na szczęście produkują wytrzymałe zabawki dla psów tego kalibru.
     Dziś na spacerze podsumowałam moje doświadczenia: macierzyństwo to nie dyscyplina, a żywa obecność. Nie tylko nakarmienie i wyprowadzenie na byle jaki spacer, a dostrzeżenie mnogości, współzależności potrzeb i harmonijne współgranie z nimi. Żeby być matką, trzeba mieć łeb jak sklep. Ja mam pracę, znajomych, zainteresowania, a on tylko mnie i mnóstwo energii. Ja wracam i mówię: "Chodźmy spać", na co on ochoczo i radośnie " A pobawisz się jeszcze ze mną?!!!!". Wstaję rano i myślę nerwowo: "Kurwa, znowu zaspałam!!", zbliżam się do drzwi wyjściowych i widzę: "Ale fajnie, że już wstałaś! A pójdziemy na trochę dłużej, niż zwykle?". Ja oglądam się za moim odjeżdżającym właśnie autobusem, a on zastanawia się pięciokrotnie na którą gałąź nasrać i uwalić sobie przy okazji kufer. Mijamy moją sąsiadkę - kiedy ona ochrzania mnie za sierść na klatce i poprzesuwane wycieraczki, on ślini się ochoczo na jej znerwicowanego teriera. Wiedziałam, że tego nie da się opisać - z psem trzeba po prostu zamieszkać. Jest on jak ciąża - obciąża organizm i wywleka na wierzch wszystkie czające się w ukryciu niedomagania organizmu człowieka. Nie jest on spełnieniem moich marzeń - jest powrotem do surrealistycznej rzeczywistości, obcej rodzicom przykładnych pociech, które istnieją tylko po to, by można było być z nich dumnym. On nie zda psiej matury, tylko dlatego, że uznam iż przyniesie mi wstyd przed sąsiadami. Nie obchodzi go, że sadzi największe kupy na podwórku i że akurat zapomniałam woreczków- sra w najbardziej niestosownych miejscach. Na moje frustracje reaguje zaskoczeniem i względnym zdziwieniem: "O co ci chodzi kobieto? Wyluzuj! Ja po prostu jestem bardziej zrównoważonym przewodnikiem stada. Czy nie możesz więc po prostu iść za mną!? Kogo ty chcesz oszukiwać?". Psa nie można kochać, ale można go zrozumieć. Dziecka można w ogóle nie starać się rozumieć i wmawiać sobie, że się je bezgranicznie kocha. Gdybym więc nie miała psa, prawdopodobnie wciąż wierzyłabym, że relacje trzeba mieć, żeby w niej być.

czwartek, 24 stycznia 2013

Byłam i choć już nie jestem, wiem, że na pewno będę - czyli o ewolucji mentalnej ciąg dalszy...

     Niedawno odeszli moi dwaj dziadkowie. Obydwaj jednego dnia, dokładnie po upływie 12 godzin. Nie żebym doszukiwała się tu jakiś niewiarygodnych powiązań - nie widzę sensu w robieniu z tego sensacji czy atrakcji turystycznej. Jednak zastanawiający jest fakt, że obydwaj schorowani już ludzie odeszli po sobie w tak pozornie ważnych okolicznościach, za jaki uznaję motyw czasoprzestrzennej dokładności i znamienną odległość czasu. Nie piszę, że ich straciłam, ponieważ w pewnym sensie byliśmy sobie zupełnie obcy. Ja - wnuczka obarczona krzyżem dziadkowych oczekiwań i wnuczkowych powinności, poddałam się zupełnie już dawno temu, kiedy po kolejnych powrotach zastawałam zamkniętych na życie, starszych, niewiele rozumiejących ludzi, z którymi łączyły mnie bardziej lub mniej radosne wspomnienia sprzed wielu, wielu lat. Sama też przyznaję skruszonym sercem, że nie otwierałam się przed nimi ani chętnie, ani często... Zastanawiam się, czy kiedykolwiek widzieli mnie, a nie tą, którą udawałam - za którą, jak mi się wydawało, powinnam uchodzić. Potwornie zagubiona, mała dziewczynka, udająca dorastającą istotę ludzką, podejmująca z ukrytym przerażeniem kolejne funkcje  i odpowiedzialności, właściwe dorosłym ludziom. U Władka na kolejnych spotkaniach padały mgliste fakty i obronne przekonania. Coraz słabiej szły nam rozmowy. On nie pytał, ja oglądałam telewizję, czasem próbując zabawić go odgrzewanym poruszeniem mojej niedojrzałej istoty, chowanej skrzętnie przed każdą wizytą w odmętach osobowości, wytworzonej na pokaz. Nawarstwione uprzedzenia natomiast budowały nieprzenikniony mur w starzejącym się umyśle Antoniego - dziadka, z którym... zbierałam ślimaki, kiedy jeszcze nie chodziłam do szkoły. Na długo przed jego śmiercią opłakałam należycie utratę przyjaciela dziecięcych lat, nastawionego przeciwko mnie przez autorytarną babcię, która nie mogła się pogodzić z niezależnością najmłodszej wnusi. Później już nie wracałam stricte do niego, on zaś mijał mnie w maleńkim domku jednorodzinnym niczym obcą sobie, a nawet wrogą postać. Rzucałam mu wtedy pretensjonalne: "Dzień dobry", a on udawał, choć do dziś nie wiem przed kim, że mnie nie zauważył wcześniej i pośpiesznie wychodząc mamrotał pod nosem kilkakrotnie odpowiedź. Z czasem zaczęło mi to sprawiać satysfakcję: "Spójrz, kogo pozostawiłaś za sobą! Mało znasz innych takich głupców, jak ci najbliżej z Tobą spokrewnieni." - myślałam sobie w duchu. Chciałam wyrwać go zupełnie z serca, ale to oznaczałoby utratę najcenniejszych wspomnień życia. Czekałam więc na moment, aż ożyje na nowo i wtedy ponownie się spotkamy. W listopadzie dostał masywnego udaru. W ramach potrzeby odbycia pilnej konsultacji endokrynologicznej odwiedziłam jego szpitalne łóżko. Leżał taki bezbronny jak dziecko, którym byłam kiedyś u jego boku. Nie widziałam go takiego już dawno: słabego i otwartego na obecność - prostą i bezpretensjonalną. Nie był sam. Jego córki i żona były z nim w tej chorobie, ale jakieś takie zabiegane i choć spokorniałe, to chyba nie do końca obecne. Podeszłam i złapałam jego dużą, spracowaną i cieplutką dłoń. To był mój kochany dziadunio od ślimaków. Bardzo łatwo przyszło mi odezwać się do niego sprzed lat, czułymi i szczerymi słowami, które nie spotkały się z żadnym oporem z jego strony. Chwila ta trwała niczym pierwszy od dawna pocałunek, złożony na ustach dawno niewidzianego oblubieńca (przepraszam za te wzniosłe patetyczne zwroty, ale nie potrafię inaczej tego nazwać). I tylko tez wzrok moich krewnych, sugerujący, że nie pomoże tu ckliwa obecność, jeśli natychmiast supersprawnie nie zmienimy pampersa... "Beznadzieja" - krzyczała we mnie zbuntowana potajemnie od lat nastolatka, ale fakt był oczywisty - należało go wymienić.
     Szkoda, że sprawność w naszej rodzinie nigdy nie szła w parze z wrażliwością na drugiego człowieka - zawsze na drodze do celu cierpieli bliscy, stojący niżej w hierarchii stada. Dzięki temu jestem dziś twarda - tak twarda, że nie czuję bólu i obchodzę się sama z sobą jak z porzuconym przy drodze kamieniem, który przeszkadzał zbożu, więc odgrodzono nim od niechcenia miedzę. Taka niepotrzebna, ale zmyślnie wykorzystana, nieurodzajna kruszyna. Nie znam litości dla siebie samej, bo w oczach współbraci nigdy na nią nie zasługiwałam. Wiem jak to brzmi - trochę przejaskrawione, ale zajebiście boli nawet po wielu, wielu latach. Dzieci nie powinny dorastać w atmosferze skrajnego niezrozumienia i bagatelizacji ich potrzeb emocjonalnych.
     Kiedyś w moim życiu tak pięknie świeciło słońce - dziś już nie pamiętam, jak to jest wierzyć ślepo, że mimo wszystko kiedyś zasłuży się na miłość, jak cała reszta stworzenia, objawiająca się w pełni glorii każdego poranka. Tak chciałam być jej częścią - wespół weselić się z życiem. Teraz rozumiem, że cały czas byłam jej siostrą. Wielka słodycz przepływała przeze mnie z jej źródeł - ale coś we mnie dawno już przestało czuć tą euforię i ciekawość pozbawioną lęku. Mówią mi: "Przestań wspominać, przecież nie jesteś już dzieckiem. Jesteś odpowiedzialną osobą", ale oni nie wiedzą, że się mylą. Odpowiedzialność nigdy mnie nie przerażała - wystarczyło mnie jej nauczyć. Przerażała mnie niezrozumiała agresja psychiczna, której nigdy nie mogłam uniknąć, choćbym nie wiem jak się starała. Nie mając się kogo spytać, o co im wszystkim chodzi, sama w sobie próbowałam odgadnąć. Tym czasem lęk narastał pod naporem coraz silniejszych razów. Teraz wiedza, że to oni sobie cały czas ze sobą nie radzili, wydaje się zupełnie nieprzydatna. Jestem na wpółmartwa i nie wiem jak powrócić do pełni życia. Ci sami, cieszący się z pierwszych kroków rodzice, potrafili odrzucić momentalnie dziecko, bo stłukło wazon, ucząc się biegać! To boli! Nie rozumiecie, że wasz przejściowy, niekontrolowany gniew boli, jak nigdy niekończące się gradobicie! I to jeszcze tak często powracający... Gówno mnie obchodzi, że się nie wyspaliście. Trzeba było pomyśleć o waszych niezaradnościach zanim spłodziliście sobie zabawkę - opiekuna na starość. Udawanie, że jesteście obecnymi, kochającymi i chcącymi dobra waszych dzieci rodzicami, nie wystarczy nikomu, poza wami samymi. I nie chcę tu słyszeć obrońców, że swoimi żałosnymi wywodami, że życie jest ciężkie, że każdy ma granice wytrzymałości... Już dość! Każdy ma granice wytrzymałości - moje były naruszane wielokrotnie pod pretekstem dobra rodziny, majątku, opinii publicznej, a nawet mojego własnego. Tak naprawdę, to wy jechaliście po bandzie, a ja byłam waszym amortyzatorem, workiem treningowym. Ale teraz role się zamieniły. Pokażę wam, gdzie leżą wasze granice wytrzymałości - poruszę każdą wyrządzoną mi nieprawość i zażądam raportu z waszej świadomości w momencie czynienia jej. Wydaje mi się bowiem, że byliście totalnie nieświadomi skutków podjętych działań, bo wygodniej wam było żyć w przeświadczeniu nieomylności waszych metod wychowawczych. Dlatego też nigdy nie liczyliście się podczas ich stosowania z moimi odczuciami - wtedy musielibyście się wysilić i poszukać kompromisu... A po co szukać kompromisu z robakiem, skoro łatwiej i szybciej go zdeptać!
    A wracając do dziadków: czekałam cierpliwie na moment, kiedy ożyją, choćby na chwilę przed śmiercią. Nie zdążyłam pożegnać się z Antkiem. Nim dotarłam do domu, Władek też już nie żył. Ten drugi nie pogodził się z niedołężnością swoich wnuków, którzy na ostatnie lata jego życia, porzucili jego i babcię na pastwę samotności w małym mieszkanku, z dala od wszystkich. Usiadłam w jego fotelu i chwilę mi zajęło, zanim zrozumiałam, że starał się, tylko że nie wiedział jak, bo relacja nigdy nie była celem jego życia. Nie obronił nas - swoich wnucząt - przed rodowymi waśniami. Bezczynnie patrzył jak kilka głupich bab szamocze się za naszym pośrednictwem o wyimaginowaną wyższość. Już chociaż wiem, po kim mój ojciec jest taki nieobecny i nieużyteczny. Byłam przy nim mimo wszystko - potrzebowałam, by się przebudził. Potrzebowałam go obecnego i czynnego, jako obrońcę i powiernika moich dziecięcych niedomagań i bólu. Nie było nikogo - ani ojca ani dziadka. Jestem pewna, że teraz zrozumieli już na wieki - dlatego nie śnią mi się po nocach z pretensjami. Ratowałam siebie, kiedy poczułam, że tonę, a cała reszta może mnie tylko ściągnąć na dno. Dziś z trudem wzrastam. Odkrywam bolesne kłamstwa, którymi karmiono mnie za dawnych lat, a w które musiałam uwierzyć na słowo, aby przetrwać do czasów niezależności finansowej. Na szczęście nie cała umarłam. Na dnie zachowała się nadzieja i wiara. Zasiewam ją i zbieram skromne plony. Na szczęście miłość nie jest pazerna i nie potrzebuje wiele do życia. Nie gości się tylko w zamożnych sercach. To, co zostanie po zimie, zasieję znowu, aby pomnażać bogactwa nie znane prężnemu ego.
    

wtorek, 25 grudnia 2012

Przepis na udane Święta

Oto mój przepis na Święta:
- garść wyczekiwania (specjalnie nie użyłam słowa "oczekiwania", bo ludzie z miejsca mylą je z "oczekiwaniami") na KOGOŚ (konieczna forma osobowa), na kogo warto czekać bez wytchnienia i nie liczy się czasu
- bezkresna samotność
- uważność i otwartość małego dziecka, pozbawiona wyobrażeń - tylko czucie
- pies - żeby musieć dotlenić mózg na spacerach i nie pomylić mieszkania z wszechświatem
- czas - wystarczająco długi, by odczuć różnicę pomiędzy dniem codziennym a świątecznym


     Tak gwoli wyjaśnienia - ten blog jest beznadziejnie nieużyteczny i nikt oprócz mnie nie powinien tracić czasu na jego czytanie Dokumentuję tu przeżycia, które dotyczą indywidualnego procesu tracenia rozumu. Mało kto lubi rozprawiać o swoim szaleństwie, a już bez sensu jest kompletnie czytanie o cudzym obłędzie, kiedy w tym czasie nasz własny dopomina się o zauważenie ;)

    Te święta spędziłam inaczej niż zwykło się je spędzać - skromne posiłki, porządkowanie przeplatane z refleksją (jak widać poniżej - dość agresywną) i czytaniem książek. Bez pośpiechu i wyrzutów - zakończone wieczorem, pierwszego dnia świąt zgodnie z kalendarzem tubylców. Efekt przejściowy - pozytywnie rozpruta czaszka, zdziwione spojrzenia wtajemniczonych znajomych i całkowicie zbędne oznaki współczucia, wynikające z lunatycznej schematyczności ich podstawowych procesów myślowych.
     Efekt końcowy - doświadczenie samotności... Rozkosz niespiesznego trwania w czasoprzestrzeni na swój własny, niepodporządkowany niczemu i nikomu sposób, przebłyski zdziwienia oraz świeżość, wydobywająca się ze szczelin podświadomości.

     Niektórzy uważają, że nie ma nic gorszego niż zostać samemu w święta. Wigilia i te wszystkie ckliwe pioseneczki o rodzinnej atmosferze... Ciekawe, że ich autorzy nie uściślili tego terminu i teraz wszystkim się wydaję, że to jest właśnie to. Tylko dlaczego słyszy się tyle narzekań tuż przed i zaraz po owych "magicznych" dniach. Czy słyszeliście kiedyś zadowolonego Polaka tuż po świętach, rozkosznie rozprawiającego o minionych dniach z błogim pokojem w sercu? A może po prostu nie potrafimy rodzinnie wypoczywać. Czas spojrzeć prawdzie w oczy - przeprowadzić prostą ankietę poświąteczną wśród grona swoich znajomych i zorientować się, jak naprawdę wygląda "rodzinna atmosfera świąt" w przeciętnym domu. Nie zapominajcie też dopytać o porządki, kulinaria oraz choinkę. Zapewne okaże się, że stół suto zastawiony, choinka bajecznie upstrzona, a ludzie wkurwieni, marudni i zniechęceni. A Ci, co samotnie spędzali te święta to już w ogóle pewnie ani stołu, ani stroika, ani atmosfery - bo dla kogo niby... Wszystkim potrzebne do wszystkiego oklaski, nikt niczego dla siebie nie robi, choć wszystko robi tylko dlatego, że sam czuje taką potrzebę. Nie lubimy sprzątać na święta, gotować godzinami, leżeć po kolacji z obolałymi brzuchami, jeździć od ciotki do ciotki... Ale to wcale nam nie przeszkadza, by w ten właśnie sposób WYPOCZYWAĆ co roku w święta. Nie ma to jak spożytkowanie wyjątkowych świąt na wyjątkowo uciążliwe czynności. Lepiej już zrobią ci, co wyjadą do Austrii na narty i w ogóle przeoczą urodziny ziomka Jezusa - oni chociaż odpoczną od rutyny świątecznej i przy odrobinie pecha załapią się na jakieś dłuższe L4 ;) Dobrze, że w tym roku nie było śniegu na Wigilię - Polacy mieli na co narzekać, choć gdyby był, to też można by na niego pogrzmieć. Wybaczcie mi, ale po kilku latach znam już na pamięć wszystkie te lamenty i dziwi mnie niezmiernie, że nikt jeszcze nic z tym nie zrobił, nie zmienił niczego, skoro wszystkim to tak straszliwie doskwiera. Zauważyłam jednakże pewną zależność: otóż najbardziej narzekać zdają się te najbrzydsze ropuchy kuchenne, które nie czują się ani piękne, ani potrzebne i choć czasy kapitalizmu zmusiły je do opuszczenia swoich domowych pieczar, ich najważniejszą i najbardziej znienawidzoną misją pozostaje misja utrzymywania ogniska domowego przy względnym życiu. Widać te bardziej zadbane mają krasnoludki na podorędziu, albo po prostu ogólnie bardziej ogarniają temat i oduczyły się smęcić, bo to źle wpływa na linię zmarszczek.

     Tym czasem wracając do samotności... Ze zdziwieniem ją odkryłam tuż u swego boku. Jest jak żona, którą trzeba poznać, dotrzeć się i pokochać na wieczność. Możemy bowiem od niej uciekać, ignorować ją, rozwodzić się z nią, procesować, zagłuszać radiem i co tylko wymyślimy. Jednak nie ma wierniejszej partnerki - do grobowej deski zawsze najbliżej, cierpliwie w naszym cieniu, czekająca na dogodny moment by podjąć niemy dialog. Co prawda zdążyłam się nią jedynie zachłysnąć, dostrzec jej sylwetkę... Wiem jednak chcę poznać się z nią bliżej i że nie będzie to znajomość rodem z bajki o królewnie i księciu. Zauważyłam też, że przeciętny człowiek, idący normalną linią rozwoju nie ma żadnej sposobności, by jej doświadczyć w całej jej okazałości - najpierw rodzina, później szkoła, akademiki i mieszkania studenckie, a na koniec własna rodzina... A samotność. Niektórzy mają jej w nadmiarze - lub też od początku nie wiedzą co z nią zrobić. Inni za nią tęsknią, choć się jej przeraźliwie boją. Jedno jest pewne - zetknięcia z nią nie da się opisać, ponieważ istnieje ona jedynie jako indywidualne, duchowe doświadczenie. Jej obecność pozwoliła mi wychwycić kilka ciekawych sposobów na rozładowanie napięcia emocjonalnego, stosowanych przeze mnie nagminnie na co dzień, kiedy otaczają mnie zewsząd ludzie - GADANIE. Cokolwiek by nie wywołało u mnie poruszenia - natychmiast chcę to wypowiedzieć. Jeśli nie ma nikogo - mówię do siebie - w myślach czy na głos - to bez znaczenia. Zauważyłam też jak ciężko mi się skupić i zauważyć rozproszenie uwagi, gdy tylko ktokolwiek przebywa choćby w drogim pokoju. Kilka iluzorycznych zabezpieczeń, że wszystko pod kontrolą oraz jak bardzo różniłabym się od siebie teraz, gdybym żyła na pustyni. To zadziwiające, ile można dowiedzieć się od pustki i jak mało wie się o sobie, dopóki nie zostaniemy sami ze sobą. Samotność jest jak narzędzie - w rękach dobrego rzemieślnika może tchnąć życie w martwy kawałek materii i złożyć w całość to, co do tej pory wydawało się bezużyteczne.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

     Moja rodzina - kochana. Normalna z zewnątrz - nie myślcie sobie - w wiosce bardzo szanowana i poważana. Znana ze swej zaborczości... Ale jak to Monty Roberts mówi - "Nie ma złych koni. Są tylko konie, które były zbyt wrażliwe." Większość ludzi wychodzi z takiej rodziny i nie narzekają. Przędą dalej pajęczynę wielopokoleniową - nieporozumień i waśni, kwachu i sprzeczności wewnętrznych. Ale urodziła się taka dziwaczka i ciągle marudzi, narzeka, poszukuje, coś zmienia, mówi jakoś dziwnie do ludzi, którzy udają, że chcą zrozumieć. Cóż, po prostu widzę, czym mogłam być, nim mnie zastraszono. Widzę, czym mogliby być moi znajomi, a nie są. Nie doszukuję się winnych - ta lawinowo postępująca moralizatorska degradacja nie ma początku... Bynajmniej jest on dla nas bez znaczenia. Faktem jest, że ktoś zrobił kiedyś im to samo, co oni zrobili nam. Jak nie zrobić tego dzieciom, żonie, zwierzakom i sobie przede wszystkim. Obudzić się! Ha! Jakie to proste... Pozornie, ale system będzie napierać. Nie toleruje niepokornych. Działa jak władza PRL-owska - najpierw pozwala się wybić, żeby potem ukręcić głowę. Ludzie nie lubią dorosłych z energią dziecka, siłą smoka i przebiegłością tygrysa (kto słyszał legendy o nich, wie o jak przerażających tygrysich zbrodniach mówię!). Natychmiast ich obrzucają gradem szturmujących spojrzeń - najczęściej typu: "Wariat jaki, czy co", "Ach ta młodzież - głupie to takie", "Jebany skurwiel", "Co za szmata", "Bezwstydny", "Co się gapisz?" i najczęściej spotykane: "Czyżbym był brudny? A może ciągnę za sobą rolkę papieru toaletowego". Jednak coraz większa część ich znika. Uciekają.... Spłoszeni, rozkojarzeni, nieuważni.... Mało bystrzy, nieczuli i znudzeni życiem, którego nawet nie raczyli poznać. Ja niedawno dopiero poznałam, że "ja" to nie "Ja". Ale jak nie uciekać już dłużej? Ja nie wiem... Brakuje mi odwagi przed nimi, a czasem znowu przed sobą. Szkoda, że gdy zamykałam się w sobie nie było przy mnie takiej pani Róży, co by swoją silną osobą osłoniła delikatny okwiat ego przed zesztywnieniem.
     Normalna rodzina... Co to znaczy w dzisiejszej opinii społecznej - ja Wam powiem - przeprowadzałam liczne ankiety w rozmowach na ten temat. Otóż normalna rodzina:
- zapewnia dzieciom byt materialny
- zaspokaja podstawowe potrzeby psychiczne, niezbędne do przetrwania dziecka (ale nie zbyt wiele, żeby nie zwariowało i nie odłączyło się od kupy.... znaczy się - masy społecznej i spłodziło nam jeszcze wnuki)
- przekazuje tak spreparowaną istotę na dalsze nauki w trybach systemu redukcji... edukacji.... nie, raczej (R)EDUK-a-CJI . Nie mówię tu, że szkoły są złe, ale system nauczania to jak wyrąbanie hektara lasu tropikalnego na opakowania do lalek Barbie - niby jest w tym logika, ale jaka? Normalna:) Powszechnie uprawiana. A więc oddajemy dzieci pod opiekę systemu, służącemu do hodowania wszelakich wypatrzeń charakteru - od wyścigu szczurów, po pozory sprawiedliwości i równości. I tak oto normalne dzieci, w normalnych szkołach, z normalnych rodzin przekazują gloryfikowaną kulturę z rąk do rąk troszeczkę na siłę - po trupkach do celu. System idzie do przodu, więc jest dobrze, nikt się nie stara lepiej niż wczoraj, skoro wydaje mu się, że jest lepiej niż u sąsiada - najpierw w szkole, później w życiu, w pracy... Byleby nie ostatnim, jeśli już nie pierwszym. A jeśli ostatnim to może lepiej wcale, albo byle by blisko kupy. Nikt nie chce lepiej, niż on sam - wczoraj. Rywalizacja bez rozwoju - to jak cywilizacja bez sensu - ale za to normalna ;)
     Przyjrzyjmy się z bliska życiu tej najmniejszej społecznej komórki - jej funkcjonowaniu. Z daleka wydaje niczym komora w plastrze miodu - idealnie przylegająca i spełniająca swoją funkcję. Z bliska jednak wydać pokrywającą ją pleśń i czuć smród stęchlizny. Może jak zwykle troszeczkę ubarwiam, jednak dorastanie  w takiej atmosferze dla małego dziecka to prawdziwy horror - jeśli jest ono dość długo wystarczająco wrażliwe na zastraszonego samego siebie. Jak już mówiłam za M. Roberts'em - nie ma złych koni, są tylko takie, które za wiele przeżyły. Nie wiem, czy inni tak mieli - ja przeżywałam swoje małe horrory każdego dziecięcego dnia. Dla mojej mamy to był okres pomiędzy 30 - 50 rokiem życia. Nawet go dobrze nie pamięta - ach ten czas - leci tak szybciutko... Dla niej jakieś tam 20 lat z życia, dla mnie najważniejsze, na których przyszło mi budować kolejne 40 - jeśli się nie poddam. Ona krzyczy, bo jest zmęczona, istota dziecka kona ze zmęczenia. Szarpanina emocjonalna - świetny środek na spożytkowanie nadmiaru negatywnej energii - może prowadzić do wstrząśnienia emocjonalnego mózgu bezbronnego dziecka, które nie ma dokąd uciec. Dzień po dniu... w obecności niepohamowanych emocjonalnych psychopatów, społecznie akceptowanych, bezmózgich lunatyków, zabijających w swoich dzieciach to, co w nich samych już dawno umarło. Dziecko pod presją zasad przestrzegania ortografii zaczyna się spieszyć w myślach.... zapomina, że myśli samodzielnie. Głos serca zagłuszać zaczynają nieustannie wykrzykiwane w jego kierunku (czasem bezgłośnie - w postaci wyrzutów lub ocen) komunikaty o zasadach ortograficznych - tak dla utrwalenia dobrych nawyków.  Chore , chore... Ale normalne, akceptowane przez matołów różnej maści. Każdy chce być profesorem, nikt jednak nie chce pozostać żywy, obecny na 100% jako Tygrys, Smok i Dziecko.

    Małe przegrane moich rodziców, które pozostawiły na moim dziecięcym sercu głęboką bliznę:

Brak zachwytu...

Nikt się mną nigdy nie zachwycał - chyba że na pokaz przed sąsiadami - tak dla szpanu. Nie do końca to rozumiałam. Całe dorastające życie poszukiwałam przyczyn, bardziej niż sposobu, na nadrobienie owych niedookreślonych braków, które odebrały mi miłość i zachwyt moich najbliższych. W kontaktach z rówieśnikami zawsze gorsza - oni na pewno mieli coś, za co warto było ich kochać... Nie to co ja.
Do czego to doprowadziło w moim życiu: pierwsze "Ochy" i "Achy" na mój widok - podczas przymierzania przed współlokatorkami seksownej bielizny. Lekka obsuwa czasowa, no nie.
Dlaczego: Moi rodzice nie zachwycali się wzajemnie. Po prostu egzystowali pod jednym dachem - jedno obok drugiego.


Agresja...

Jest Ci źle - czujesz się zagrożona, niepewna, atakowana, obserwowana - uderz zawczasu. Nie ucz się - odreagowuj. Broń się. Nie znasz dnia ani godziny - wszędzie może cię dosięgnąć ręka sprawiedliwości.... Ale za co? Dlaczego mnie bijesz? Nie rozumiem, mówiłaś, że mnie kochasz. Jeszcze wczoraj śmiałyśmy się razem, a dziś lękam się o społeczne życie w Twojej obecności. Czy aby na pewno jesteś tą samą matką, która w telewizji uśmiecha się i opiekuńczym spojrzeniem ogarnia swoje beztrosko bawiące się pociechy?
Do czego to doprowadziło: Stłumiłam gniew, bo nie chciałam zostać atakującym. Nie znałam innych sposobów pożytkowania energii złości. Do dziś borykam się z moimi skrótowymi sposobami na wyładowanie nadmiaru energii (włączając w to samookaleczenie i podkładanie głowy pod topór - wszak lepiej mi być ofiarą niż prześladowcą)
Dlaczego: Oni też nie znali, a poza tym byli przecież tacy zajęci... A kto pracuje, ten może sobie pozwolić na więcej... bo nie stać go już na wzrastanie w człowieczeństwie.


Obwinianie

Za wszystko może być winien każdy. Nie ważne, że mama nie uważała, gdy robiła ciasto, ważne, że przez dziecko nie dodała mąki. Winne za to, że z niewyspania mama wydarła na nie ryja. Winne, że nie pomyślało na przód, że bawiąc się w kałuży poplami SPECJALNIE NA ZŁOŚĆ pranie. Winne, że nie nauczyło się samodyscypliny, nie mając nawet przykładu, albo winne, że nie przytakuje rodzicielskim przywarom i stara się samodzielnie dociec prawdy obiektywnej.
Do czego to doprowadziło: Można mnie obwinić o wybuch bomby w Nagasaki, a ja i tak muszę to przyjąć na klatę - Bez dyskusji! - Ulubiony argument normalnego rodzica.
Dlaczego: Oni sami nie wiedzą, dlaczego. Nawet gdy im to unaocznisz - nie zainteresują się, a jutro zapomną, bo mają ważniejsze rzeczy do zrobienia. Są przecież normalniejsi, nie bujają w chmurach, nie dociekają sensu...  Poza tym tyle przeżyli... No kto jak kto, ale w sporze rodzic - dziecko tylko jedna strona może mieć zawsze rację - normalny zjebany rodzic, który się nigdy nie myli, bo nie wypada przed dziećmi się zresetować i poddać myśleniu utarty schemat działania...


Ciągły pośpiech - bez celu - bez duszy - bez sensu


Wszystko na wczoraj, a i tak nigdy nie na czas. Nauczyliście mnie jak śpieszyć się tak bardzo, żeby zapomnieć co, gdzie, po co i dla kogo się robi.
Pokrzyczę, pośpieszę i zdążymy na autobus... ("Oj! No choć szybko, nie rycz mi tu teraz"). Autobus do znienawidzonych teściów - jedziemy do nich na święta ("Ruszaj się, nie mamy czasu"). Żeby się nażreć i na końcu pokłócić ("Widzisz, to wszystko przez ciebie, gdybyś tak nie marudziła... Uch ty...!!). Aby wreszcie się w sobie uspokoić, że w sumie to może to i lepiej, że tak wyszło... I po co ten pośpiech? Po malutkim trupku do celu. Ale w sumie cel nie warty wyruszenia w drogę. Trupki tym czasem ścielą się gęsto. Pomiędzy hipermarketowymi półkami, w drodze do przedszkola, na zajęcia dodatkowe z tańca, przy wieczornej toalecie i porannym śniadaniu. Ale najlepszy jest pośpiech przedświąteczny - ten na chwałę Bogu i dla dobra ogniska domowego.
Do czego to doprowadziło: Nie ma mnie tu, gdzie jestem. Nie potrafię się nie śpieszyć, zorganizować. Nie widzę celu. Nie widzę czekających na mnie ludzi, którym chciałam zrobić przyjemność, bo ponoć są dla mnie ważni. Wrze we mnie tak, że nie widzę przez te opary, po co ja w ogóle biegnę - aż się okaże, że już nie potrafię spacerować jak dawniej.
Dlaczego: Pośpiech otępia. Wszystkim zależy na poganianiu, bo w pośpiechu i braku refleksji jest władza nad kupą i ucieczka przed prawdą o sobie samym.

Słabość, tchórzostwo...

Nawet najwspanialszy orzeł, wychowywany przez głupią kwokę może uwierzyć, że jest kogucikiem. Alchemia duszy mówi, że jeśli chcesz uzyskać złoto, musisz mieć choć odrobinę prawdziwego złota. Jak długo żyję na tym świecie - o mistrzach widziałam tylko filmy i czytałam w książkach. Czasem trudno nie spać pośród lunatyków. Czasem niebezpiecznie jest być silnym pośród słabeuszy. Moja babcia zawsze mawiała: Ludzie potrafią wynieść na piedestał i zniszczyć. Nie wiedziałam, o co jej chodzi, dopóki nie odkryłam drzemiącej we mnie siły, którą tak skrzętnie latami próbowała we mnie stłamsić za cenę mojego wewnętrznego czucia.
Do czego to doprowadziło: Rozdwojenie jaźni na możliwe i dopuszczalne szaleństwo ducha. Słowem jednym - schizofrenia! Kto uważa, że jest zdrowy, ten jest w czarnej dupie - daleko za wariatami.
Dlaczego: W czarnej dupie wszystko jest czarne, a strach ma oczy karzącego rodzica.


Nienawiść...

     Witam serdecznie po dość długiej przerwie.... Koniec z tymi ckliwymi zachwytami nad prostą rzeczywistością. Idą święta i postanowiłam pozwolić sobie na objawienie się w pełni mojej niezdiagnozowanej choroby psychicznej. Oglądaliście "Piękny umysł"? Jeśli nie poczuliście, że to o Was, ciąg dalszy mojego wpisu może Was przerazić, więc lepiej zamknijcie tę stronę czym prędzej. Czytaliście może "Oskara i Różę"? Jeśli tak, to już pewnie wiecie, o czym chcę napisać i też możecie zamknąć tę stronę. Jeśli natomiast widzieliście to wszystko lub też nie, ale macie odwagę lub też bezczelność, by naigrawać się z mojego szaleństwa, które w Was również drzemie, ale objawi się może dopiero na łożu śmierci, lub też strawi niepostrzeżenie i skonacie za młodu w przekonaniu o swojej doskonałej kondycji duchowej.... Nie obchodzi mnie to! Dziś, w dniu świąt, pozwolę sobie na bycie wyjątkowo bezczelnym egoistą.
     Najbardziej rozbraja mnie współczucie, które budzi widok szaleńca... Ale jeszcze głębiej jest strach, że i mnie to się mogło przytrafić. Oj przytrafiło się, i to już dawno temu, przerażającej większości spośród znanych mi ludzi. Nie będę się już kryła z moją niezdiagnozowaną schizofrenią - w końcu zaszczepiło mi ją moje drogie społeczeństwo, a później wyśmiało i kazało ukryć. Mówią mi, że normalność to jest właśnie to, do czego dążą zdrowi ludzie... Tylko, że ja nie znam normalnych i zdrowych jednostek. To w ogóle się nie da ze sobą połączyć - normalność i zdrowie psychiczne. Ale, żeby nie było, że kłamię: oto rozglądam się i widzę tchórzy - dwulicowych i wycofanych do form przetrwalnikowych, postrzeganych przez tłum jako "normalność". Ale szukam dalej, w innych kręgach - schizofreniczni, wyobcowani ze społeczeństwa artyści, nikomu nieprzydatni mędrcy, którzy spragnieni są poklasku i uwagi niczym dziecko, które po raz pierwszy zesrało się do nocnika, nie zaś na dywan w salonie. Ale oczywiście tak skrzętnie zamaskowali swój głód, że obrośli chwałą pośród bardziej pospolitszych postaci głupców. Przykłady szaleństwa można mnożyć... Nie wspomnę tu już o zatroskanych z miłości matkach, które, w imię dobra swoich pociech, szturmują ich bezbronne serca niekończącymi się żalami i pretensjami, że się za mało uczą i nie dają z siebie tyle, co one. O ojcach, którzy zarabiają na chleb, a nie emanują wewnętrzną siłą i dogłębnym zrozumieniem spraw codziennych i niecodziennych. Ot - ludzie potrafią piętnować innych za nieznajomość ortografii, nieestetyczny wygląd, brak celów życiowych, nieporadność organizacyjną, nadmierne żądze.... Omylność ich kryteriów jest nieomylna, ponieważ głupców nie brakuje!! Zwłaszcza głupców, którzy marzą o tym, by wspólną kupą naprzeć i wywierać wpływy na pozostałych głupców. I tak jednoczą się kolejne kupy-głupy i walczą ze sobą w mniej lub bardziej ucywilizowany sposób. Mówiąc "ucywilizowany" mam tu na myśli m. in. wojnę zbrojną, plotki albo skrobanie obelg na ławkach szkolnych. Cała wspaniałość kultury - BZDURA! Trzeba być bardzo nienormalnym, żeby choć ocierać się o normalność. Trzeba mieć odwagę oszaleć, by zaznać smaku równowagi psychicznej....

 Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkim Wesołych Świąt, spędzonych w rodzinnej kupie.